Misja

Pierwszy raz do Kamerunu pojechałem zupełnie przypadkowo. Do tej pory nie moge zrozumieć jak to się stało. W szkole, w której pracuję poznałem siostrę zakonną, która pracowała tam 7 lat, rozmawiałem z nią tylko jeden raz. Po miesiącu miałem już paszporcie wizę a w walizce zakupiony przeze mnie bilet na samolot. Jeżeli ktos spyta mnie jak to możliwe – odpowiem, widocznie taki był boski plan, więc jedynie pokornie go wypełniam.

Jadąc do Yaounde (stolicy Kamerunu) nie wiedziałem co tam zastanę, nie znałem tam nikogo, nie miałem pojęcia jak znajdę się w tych realiach. Zakonnik który obiecał, że odbierze mnie z lotniska rozmawiał ze mną tylko raz. Otuchy dodawało mi tylko to, że choć nikogo tam nie znałem to mimo wszystko wszyscy bardzo życzliwie i niezwykle pomocni na przykład w załatwieniu mi zaproszenia, czy wizy do Kamerunu, co przy braku konsulatu w Polsce jest utrudnione.

Podróż tę postanowiłem potraktować zupełnie rozpoznawczo, chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o miejscu. Wiedziałem, że polskie siostry w prowincji wchodniej prowadzą gabinety pomagające miejscowej ludnosci. Wiedziałem, że poziom leczenia jest katastrofalny. Wiedziałem, że na obszarze zblizonym do kilku polski województw działa tylko dwóch dentystów. Jedna stomatolog – zakonnica – polka, obsługiwała kilka gabinetów ale w tej chwili już dwa z nich pozostaja od kilku lat nieużywane. Jechałem tam aby zobaczyć jak jest i co moge zrobić ja.

Wylądowałem w Yaounde około 17,00 – nawet szybko się leci – z Paryża 6 godzin, pomyslałem sobie, że z Warszawy do Wrocławia naszym pociągiem też jechałem 6 godzin, więc ten Kamerun nie jest tak bardzo daleko. Przechodząc przez kolejne kontrole różnych mundurowych formacji musiałem kolejno zdejmować warstwy swojego ubrania. W Warszawie było 5 stopni a tu ze 40, choć słońce chyliło się ku zachodowi.

Na lotnisku czekła na mnie cała delegacja – dwóch księży marianów – Krzysztof i Grzegorz i siostra Gracjana – nie było co prawda goździków ale poczułem się wśród nich jak ktos bardzo wazny. Dopiero potem dowiedziałem się, że oczywiscie jak można się spodziewać boją się dentystów więc stąd ten respekt. Szybko jednak okazało się że nie będe wiercić zębów więc dodatkowo poczułem, że atmosfera się rozluźnia. Pod każdą szerokoscią nie jestesmy lubiani.

Pojechlsmy przez miasto – stolica zrobiła na mnie wrazenie. Duży chaos, mnóstwo ludzi, bałagan na ulicach, nieład – to słowa, które dobrze opisują to co zobaczyłem – europejczyk tak właśnie pewnie uważa. Dla Kameruńczyków wszystko jest w należytym porządku, Ciekawe jak oni odbieraja nas z naszym uporządkowaniem?

 

Przez kilka dni pobytu w Yaounde, Atoku, Essenbot, Abong Mbang zdążyłem pozać odpowiedzi na niektóre pytania z jakimi tam jechałem. Poznalem tam wiele osób bardzo oddanych pracy z ludźmi potrzebujacymi pomocy. Siostry i księża tam pracujący pokazali mi na czym polega misyjna codziennosć. Po kilku dniach nowe widoki i egzotyka powszednieje, zostaja obowiązki. Patrzymy na afrykę jako na piekne kolorowe widoki – tak jest tu pięknie, jednak pracować jest tu niezwykle trudno.

Ale widoki pyszne!

Pobyt tam, ludzie – zakiełkowało we mnie pragnienie pomocy im w ich misji.

Żegnany przez ojcow krzysztofa, franciszka, grzegorza wiedzialem, że muszę tu wrócić.

Po kolejnych 6 godzinach wylądowałem w  Paryżu i dalej w Warszawie – skok w inny swiat. Zaganiany, zorientowany na zysk, bez chwili zadumy nad soba i innymi. I taki zimny – zupełnie marcowy. I ludzie jakiś tacy marcowi. Całe szczęscie, że szybko nadeszła wiosna i usmiechnięte lato.

Postanowiłem ze wrócę tam.

Czekałem do września. 10 września -poleciałem  znowu, tym razem wyposarzony w ponad 150 kilo sprzętu i materiałów stomatologicznych. Mikroskop zabiegowy, przenosny  unit  -  wykonał go  mój serwisant ADLER, wykorzystując złomowany ze szkoly w raszynie. Wyposażony też w  dużo zapału. Chęci do pracy.  Wsparcie od wielu osób, które pomogły mi materialnie, przekazując duże ilosci materiałów i sprzętu ale również duchowo, modlitwą i życzeniami powodzenia.

Tym razem zadanie było takie: uruchomić zaniedbany gabinet w przychodni w Abong Mbangu, naprawić sprzęt, przygotować do pracy. Tydzień po mnie miała przyjechać na miejsce młoda pani doktor – Joanna.

Wydawać by się mogło, że zadanie proste – w polsce, przy dostępie do serwisów, hurtowni, sklepów, castoram – tak. Ja miałem to zrobić w kraju, gdzie ostatni znany serwisant takiego sprzętu zmarł w czerwcu, zresztą za wymianę transformatora zarządał cos około tysiąca euro. W kraju do którego przywozi się żarówki i krany, sam miałem w bagażu 7 baterii prysznicowych i dwa pudełka żarówek LED do domu zakonnego księży marianów w Yaounde.

W następnych tekstach opiszę mój pobyt i to jak się uruchamia praktykę w buszu, bez swiatła i wody. Może ktos będzie zainteresowany…

 

No comments yet.